środa, 12 listopada 2008

Ach, jak ten czas leci...

Szczególnie tu, w Aalborg... Czasem mam wrażenie, że odliczam tu czas od piątku do piątku, od niedzieli do niedzieli... Ostatni weekend był wyjątkowo aktywnie spędzony! Kupiliśmy sobie kartę, tzw. "Aalborg card" (cena to 299 koron), a potem szaleliśmy cały weekend - to było bardzo pozytywne szaleństwo! Mogliśmy korzystać przez 72 godziny z wszystkich dostępnych "kulturalnych" atrakcji (choć niektóre, niestety, już zostały zamknięte na okres zimy), a co ważniejsze, z transportu miejskiego! Wreszcie, po dwóch miesiącach pobytu w Aalborg, skorzystaliśmy z Andrzejem z komunikacji miejskiej:)
W piątek, tuż po zajęciach (reszty ekipy, bo ja nie miałam zajęć:), udaliśmy się do muzeum. Najpierw odbyliśmy magiczną podróż po Marinemuseum. To dość dużej powierzchni muzeum, w którym można podziwiać przepiękne modele statków, te starsze i te nowsze. To miejsce oddaje życie w takim miejscu jak tu, w Aalborg. Życie marynarzy ale również życie "zwykłych" mieszkańców". Największą atrakcją było chyba jednak zwiedzanie łodzi podwodnej, która przywędrowała na plac przed muzeum. Mogliśmy poczuć atmosferę, jaka panuje w takim miejscu...Wąskie przejścia, mnóstwo różnych guzików, przyrządów, ale również miejsca na bagaże dla "pasażerów", czy kuchnię (uwaga: posiadała frytkownicę!:). Jeszcze ciekawszym był fakt, że na łodzi byliśmy zupełnie sami (we czwórkę) i mogliśmy dowoli cieszyć się tym miejscem.
Potem zwiedziliśmy Utzon Center. To było ciekawe doświadczenie. Trafiliśmy akurat na moment otwarcia pewnej wystawy...Ludzie pili wino (chcieliśmy ucztować razem z innymi, ale pani w "recepcji" uświadomiła nas, że to impreza zamknięta:) a na ścianach wokoło były zawieszone bloki (brakuje mi odpowiedniego słowa, "betonowe"?:) z pewną strukturą na jego wierzchu. Dla jednych jest to sztuka, dla innych zwykły betonowy klocek...Mi się podobało! Poza wystawą można było jeszcze tam obejrzeć kilka rzeczy. Ciekawa była sala do dokonywania przemówień...przestronna, z dużymi oknami i widokiem na fjord i...zupełnie pusta. Ale, co ciekawe, spotkaliśmy tam człowieka, któy okazał się być dyrektorem/właścicielem tego miejsca. Uścisk dłoni i krótka wymiana zdań zastąpiły nam głód zobaczenia tam czegoś poza mikrofonem, czy kilkoma krzesłami...Ale miejsce to było na swój sposób wyjątkowe i wzbudzało silne emocje. A najpiękniejszy był widok na Limfjord...
Ostatnim punktem piątkowej wyprawy było Historiske Museum. Miesce ciekawe i przytulne. Opowiadało o tym, jak żyli, mieszkali, pracowali i ubierali się ludzie z Aalborg i jego okolic przez ostatnie 1000 lat... Pokusiłyśmy się nawet z Alą o założenie kapeluszy, które wisiały na jednym z wieszaków. Zawsze, kiedy zwiedzam takie miejsce, mam ochotę choć na jeden dzień przenieść się w czasie i stać się jednym z mieszkańców...Założyć odpowiedni strój i poczuć zapach świeżych bułeczek u pobliskiego piekarza... Teraz w Aalborg, sądząc po jakości tutejszego chleba, z pewnością nie ma takich piekarzy, ale od czego mamy wyobraźnię...? Jestem pewna, że kiedyś byli:)

W sobotę już od samego rana wyruszyliśmy do zoo. Dużo ciekawych i słodkich zwierząt, ciekawych miejsc. Ale najbardziej urzekły mnie żyrafy:) Ich długie szyje, zgrabne sylwetki, piękne ubarwienie i ta radość życia, zwłaszcza u małych żyraf, które usilnie ćwiczyły chodzenie i bieganie:)
Sobota była również przeznaczona na wyjazd do Halsu. Tak naprawdę nie było tam wiele do zwiedzania (tamtejsze muzeum było już zamknięte), ale przecież nie ma to jak zjedzenie sałatki z tuńczyka, ananasa i kukurydzy nad wzburzoną wodą...?:) I szukanie piaszczystych plaż, których...nie ma:) Tak, tak, Ala wyczytała, że w Halsie są piękne piaszczyste plaże, ale im dłużej szliśmy w kierunku morza, tym szybciej znikała perspektywa ich zobaczenia:) Ale teraz mamy nową, bardziej odpowiednią nazwę - trawiaste plaże. Tak czy inaczej, było warto tam się wybrać!

W niedzielę zwiedziliśmy muzeum sztuki nowoczesnej. Obrazy, wystawy prac, wreszcie ciekawie przygotowane inscenizacje. Nie każdemu się to miejsce spodobało, ale mnie ono zauroczyło! Sztuka miejscami bardzo abstrakcyjna, ale pobudzająca wyobraźnię! Nawet znalazłam tam pewien polski akcent - pracę polsko-duńskiej artystki:)
A potem już został basen - inny niż zwykle - po drugiej stronie fiordu. Frajda na całego!
A na koniec, dla wytrwałych - Lindholm Hoje Museum:) Bardzo ciekawe eksponaty przybliżające życie Wikingów! Zapierające dech w piersiach!!! Na zewnątrz muzeum znajduje się "pole", na którym zostały zachowane kamienie, układające się w pewne kręgi i stanowiące dawne groby Wikingów. Magiczne miejsce.


To na dzisiaj już chyba koniec...Choć tyle jest jeszcze do powiedzenia... Zatem, mam nadzieję, do zobaczenia wkrótce!

Brak komentarzy: