wtorek, 4 listopada 2008

31/11-1/11

Teraz czas na mnie by dodać trochę moich spostrzeżeń i wrażeń z ostatnich dni i tygodni. Na razie na myśl przychodzą mi jedynie te ostanie. Zatem piątkowe Halloween było naprawdę fajne i mroczne. Jednak nim zabawa rozpoczęła się przy muzyce i tańczeniu, zrobiliśmy sobie małą rozgrzewkę w domu. Wpadli do nas dwaj znajomi Andrzeja: Hans i Ahmed, którzy są doskonałymi kompanami nie tylko do rozmowy. Kiedy zrobiło się już wystarczająco późno i kiedy wstąpiła w nas nowa siła postanowiliśmy wyruszyć i dołączyć do organizowanej w akademiku na Ostrealle imprezy. W związku z tym, że była nas szóstka, a rowerów tylko cztery, chłopaki podjęli się zabrać naszych gości na bagażniki. Droga, która znaliśmy z codziennych wypraw na uniwerek tego wieczoru okazała się kręta i wyboista, jednak dotarliśmy do celu cali i zdrowi. I tym sposobem udał nam się wypróbować narodowy sport Duńczyków: „Jazdę na rowerze w stanie wskazującym”- ledwo jechaliśmy.
Po męczącym piątku, była trochę spokojniejsza sobota. Spaliśmy naprawdę długo, aby odreagować trudy poprzedniej nocy. Ten dzień był szczególny, bo to 1 listopada. Święto to w Polsce, jest chwilą zadumy i refleksji. Momentem, kiedy jest czas by odwiedzić zmarłych bliskich i pochylić się nad ich grobami. Tu w Danii nie zauważyłam, żeby ludzie w tak refleksyjny sposób celebrowali ten dzień. Na cmentarzach były pustki – żadnych lampek. Nawet w zwykłym supermarkecie nie mogliśmy otrzymać zniczy. Jednak chcąc podtrzymać polską tradycję, kupiliśmy zwykłą świeczkę i włożyliśmy ją do słoika po ogórkach (oczywiście by czyściutki i bez nalepki). Około 21 wyszliśmy na cmentarz. Było tam ciemno – żadnych lamp i świeczek. Atmosfera naprawdę mnie przerażała, w szczególności, że chłopcy, chcieli nas ( mnie i Patkę) doprowadzić chyba do zawału serca strasząc przerażającymi historiami i znikając w ciemnościach. Na szczęście udało nam się zapalić lampkę i odmówić krótka modlitwę, zatem dusze na pewno były nam wdzięczne.

Brak komentarzy: