piątek, 31 października 2008

A jednak...:)

Właśnie szykujemy się na imprezę z okazji Halloween:)
Początkowo mieliśmy plany, aby się za kogoś/coś przebrać, lub chociaż umalować twarze:) Ale chyba jesteśmy już na to za starzy:P Tak czy inaczej, przygotowania do wyjścia trwają:)
Ja strój dobrałam tak, by chociaż trochę przypominać diabełka:) Ale takiego dobrego oczywiście:) Sama kobieta nie wie, kim tak naprawdę jest...Może posiada kilka wcieleń?:P Dziś zamierzam pokazać tę bardziej mroczną stronę...Ciekawe, czy Andiemu się to spodoba?:) Andi zakłada czarną koszulkę, która świeci w ciemności. Ciekawe kim On dzisiaj będzie...?:P

Wczoraj mieliśmy kolejny test z duńskiego. No a potem była salsa!!! Było świetnie! Muzyka, ludzie, klimat i wszystko inne - super!!!

A za chwilkę będą frytki:) To jedno z moich ulubionych dań, zatem nie może mnie zabraknąć przy stole w naszej jadalni:P

Pozdrawiam i do usłyszenia!

czwartek, 30 października 2008

Wyjazd do Aarhus

11-ego października odbyliśmy bardzo sympatyczną wycieczkę do miasta Aarhus, położonego na południe od Aalborg. Oczywiście organizatorem był ESN i jak zwykle dopisała duża liczba uczestników. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od miejsca na kształt starego miasta. Nie była to jednak dawna część Aarhus, a tak naprawdę coś w rodzaju skansenu. Zostały tam zgromadzone stare domostwa z różnych obszarów Danii i postarano się o odtworzenie klimatu sprzed paru wieków. Do niemal każdego domu można było wejść i pooglądać znajdujące się tam eksponaty. Przebywając w tym miejscu czuło się atmosferę życia sprzed paruset lat:) Na ulicach tego "miasteczka" można nawet było spotkać ludzi ubranych w stroje z poprzednich epok i zajmujących się typowymi zajęciami z tych czasów.
Po trzech godzinach intensywnego zwiedzania "starówki" przyszedł czas na spacer po Aarhus. Zostaliśmy podzieleni na dwie grupy i wraz z przewodnikami obejrzeliśmy najciekawsze miejsca w mieście. Było naprawdę przyjemnie, no może poza drobnym deszczykiem, który nam towarzyszył;)
Wycieczkę zakończyliśmy miłym akcentem, a mianowicie odwiedzeniem lokalu o dość nietypowej nazwie, wskazującej na to, że podają tu niesmaczne potrawy:) Mimo to okazało się to być bardzo przyjemne miejsce.





Coraz krótszy dzień, coraz dłuższe noce:P

Dosłownie i w przenośni:) Ostatnio zmienił się czas, nawet tu, w Danii:) Pierwsza noc była najlepsza, bo można było dłużej sobie pospać:) Ale teraz...No właśnie, jak wracaliśmy ostatnio z Andim z zajęć duńskiego, było zupełnie ciemno:) Tzn. byłoby tak, gdyby nie uliczne latarnie:P
Zrobiło się dużo chłodniej. Już od jakiegoś czasu jesteśmy wyposażeni w czapkę, chustkę i co najważniejsze, rękawiczki, ale teraz to już jest obowiązek:)
Ostatnio doświadczyłam nawet pierwszych oznak Świąt, tych grudniowych:) Jeden mały sklepik był przystrojony lampkami... Takimi, których używa się do przystrajania choinek i różnych innych drzewek:) Atmosferę Świąt już czuje się w powietrzu:)

A co poza tym...?
Wczoraj oddaliśmy drugi projekt!!! Praca w naszej grupie przebiegała bardzo sprawnie i już w poniedziałek projekt został wydrukowany i czekał na oddanie do "dziekanatu" (czyt. do miłej (naprawdę!:) pani Lone Bach:)
Teraz pozostaje już tylko egzamin - któy już za tydzień!!! - i oczywiście ostatni projekt:)
Ale zajęć na uczelni jest coraz mniej:) Choć pracy jest nadal dużo:)

W niedzielę po raz kolejny przekonałam się, że świat jest naprawdę bardzo mały:) Szczególnie tu, w Aalborg:) Wybraliśmy się z Andrzejem na basen i... spotkaliśmy znajomą Polkę i poznaną na pewnej wycieczce Niemkę:) Na basenie było sporo osób, ale dla wszystkich było miejsce:) I po raz kolejny było super! Naprawdę:)

W niedzielę, jak co niedzielę, byliśmy w kościele:) Msza odbywała się w języku angielskim, a prowadził ją przemiły ksiądz z Indii (prawdopodobnie:). Tylko mały problem polega na tym, że nie jest to angielski, jaki większość z nas zna:P Ale i tak miło jest spędzić godzinkę w takim szczególnym miejscu i sporóbować zrozumieć, co mówi do wiernych ksiądz:) Ale poza tym, czynnie uczestniczymy w modlitwach (słowa mamy wydrukowane na kartce:) i śpiewach (śpiewać każdy może...:). Nawet którejś niedzieli (nawet nie wiem jak dawno temu, bo czas tu tak szybko mija?:) skorzystaliśmy z zaproszenia i po mszy udaliśmy się na herbatkę do miejsca, które można by nazwać plebanią:) Poznaliśmy bliżej ludzi, z którymi zwykle mamy się okazję zobaczyć na mszy oraz księdza Polaka!

Na dzisiaj to chyba tyle:)
Nie obiecuję, ale chciałabym powiedzieć - do napisania już dzisiaj!!!:)

niedziela, 19 października 2008

Czasem słońce, czasem deszcz...:)

Jest niedziela...
Właśnie minął kolejny weekend pełen wrażeń! Dni pod znakiem relaksu, ćwiczeń i wreszcie nauki!
Mimo tego, że zwykle weekend zaczyna się w piątek po południu (tak myślę:), to powiem krótko, co działo się w czwartek wieczorem:)
Jak już wiadomo (tym, którzy czytają wszystkie posty:), zapisaliśmy się z Andim na salsę:P No i tak się złożyło, że w czwartek po naszych zajęciach dla początkujących, zostaliśmy na zajęcia dla grupy zaawansowanej:P Pan, który prowadzi zajęcia stwierdził, że nasze możliwości pozwalają nam na to. No i wtedy się zaczęło! Obroty...podwójne, półtora raza, obroty kobiet i mężczyzn, różne figury, których nazw już nawet nie pamiętam. To była niezła jazda - dosłownie - na parkiecie:) Swoje śliczne buty na obcasie musiałam szybko zamienić na te nieco niższe:P Ale daliśmy radę! I naprawdę było warto! Prawie trzy godziny tańca z tańcem:) Salsa nas kocha - a my ją:)

Na weekend mieliśmy plany, aby wypożyczyć samochód, pozwiedzać okolicę i pojechać do Legolandu (już niebawem zamykają go na okres zimy:(). Niestety zabrakło nam...kierowcy:) A właściwie praktykującego kierowcy:P Plan wypożyczenia auta się nie udał... Ale i tak w weekend bawiliśmy się świetnie!
W piątek poszliśmy na basen:) Gorąco polecam! Wewnątrz są trzy baseny o różnej wielkości i głębokości, trampolina, zjeżdżalnia (taka mała dla dzieci, ale dla mnie w sam raz:). No i przede wszystkim na terenie basenu można skorzytać z trzech saun:) I te wszystkie atrakcje są dostępne za przysłowiowe grosze (ok. 10 zł/os.), a co więcej - na basenie można przebywać cały dzień!!! Ci, którzy chcą sobie dodatkowo poćwiczyć, mogą za niewielką dopłatą skorzystać z siłowni:)

Sobota upłynęła pod znakiem...nauki:) Pogoda nie sprzyjała wędrówkom (padało), ale na naukę pogoda zawsze jest w sam raz:) W końcu do oddania projektu coraz bliżej!!!

A dzisiaj (chyba już wczoraj:) wyruszyliśmy rowerami na drugą stronę Fiordu, a mianowicie do Lindholm Hoje ('o' z ukośną kreską, ale nie będę jej teraz szukać:). Znajduje się tam dużych rozmiarów pole z rozstawionymi na kształt koła kamieniami, które prawdopodobnie (jeśli wierzyć na słowo:) jest cmentarzem Wikingów:)

To by było na razie tyle, bo z niedzieli zrobił się już poniedziałek:)
Do zobaczenia wkrótce! Buziaki!

PS Zapomniałabym o najważniejszym, z Alą nadal (tzn. od kilkunastu ładnych dni:) ambitnie ćwiczymy wieczorami:) Ćwiczenia siłowe i rozciąganie:) Trzymajcie kciuki!!!

piątek, 17 października 2008

Różne rzeczy dzieją się:)

Chyba najwyższa pora napisać coś o samym studiowaniu w Aalborg:)
Już od początku września mamy zajęcia na Aalborg University. Studiowanie tutaj wygląda zupełnie inaczej niż na naszej macierzystej uczelni, czyli Uniwersytecie Warszawskim (Wydział Zarządzania; dotyczy Ali i mnie:). Tutejszy Uniwersytet jest nastawiony na tzw. pracę grupową, a praca opiera się na realizowaniu projektów. Już pierwsze dni spędzone na Uniwersytecie nas do tego przygotowywały. Pierwszy tydzień był czasem, gdy mogliśmy się bliżej poznać, posmakować rozmów z ludźmi pochodzącymi z różnych krajów i kultur. Pojawili się studenci z Niemiec, Litwy, Rosji, Chin, Węgier, Turcji, Kanady, Ukrainy, Kamerunu, jak również osoby pochodzące z Danii. Nie tylko były to osoby, które były nam zupełnie obce, ale w dodatku mówiły różnymi językami (oczywiście angielski dominował, choć miał różne brzmienie i akcent:) i miały różne poglądy na ten sam temat. Nie było łatwo:) Wykładowcy, chcąc ułatwić nam zadanie (albo je utrudnić:), odgórnie podzielili nas na grupy. Żeby nie było zbyt prosto, w każdej grupie pojawiły się osoby z różnych krajów.
Kolejne dni (tygodnie) były okresem intensywnych zajęć, które miały na celu (myślę i mam nadzieję, że w moim przypadku cel został osiągnięty:) przygotować nas do napisania projektu. My z Alą wybrałyśmy sobie specjalizację o szumnej nazwie "International Business Economics":) W ciągu semestru są do zrealizowania trzy projekty - dwa "mini" i jeden duży projekt. Ogromnym plusem tych prac jest to, że opierają się na przykładzie istniejącej firmy. Każdy z nich kończy się egzaminem, któy polega na przygotowaniu prezentacji dotyczącej projektu (temat dowolny, o ile jest związany z tematem pracy:) i odbyciu dyskusji z osobami przeprowadzającymi egzamin (2 osoby). O ile cały projekt jest przygotowywany wspólnie w obrębie danej grupy, to na samym egzaminie każdy członek zespołu osobno może (nawet musi!) pokazać co potrafi. Tu liczą się umiejętności analitycznego i twórczego myślenia, zdolności do przygotowania i przeprowadzania prezentacji, umiejętność słuchania, no i oczywiście trochę szczęścia:). Oceny mogą się diametralnie różnić, choć praca jest ta sama:) Ale żeby dobrnąć do końca, czyli samego egzaminu, trzeba przejść (najlepiej przeskoczyć:) wiele poprzeczek. Pierwsza to zebranie/przeczytanie informacji o firmie i przygotowanie/poznanie odpowiedniej literatury. Kolejny, być może najważniejszy, to zrozumienie celu pracy (tak, tak, jeśli się tego nie zrobi, można pisać pracę na zupełnie inny temat:). Potem pozostaje "tylko" podział zadań, wymiana informacji i tego, co już udało się napisać, dyskusje, wzajemne motywowanie się, łączenie w jedną całość poszczególnych części pracy i weryfikacja ewentualnych błędów. No i wreszcie wydrukowanie i oddanie gotowej pracy:)
My z Alą jesteśmy właśnie w trakcie pisania (odpowiedniejsze tu słowo to może jednak "przygotowywania":) drugiego mini projektu. Pierwszy dotyczył firmy Grundfos, która zajmuje się produkcją pomp (nie chcę wnikać w szczegóły:). Obecnie pracujemy na przypadku firmy Med24 (może będzie jeszcze czas, by dokładniej rozwinąć ten wątek:). Czeka nas dużo pracy! Zatem do dzieła i ... do widzenia (a raczej przeczytania:)

Papa!

Drobne przyjemności cz.1 zakupy

Dania jest droga, ale to nie powód by sobie odmawiać przyjemności. Dobrze to wiem ja i Patrycja. I tak czasem chodzimy sobie na zakupy. Nie jest to raczej poszukiwanie czegoś konkretnego, bardziej nazwała bym to polowaniem na okazje. A co należy przyznać, okazji (promocji) nie jest tu za wiele, ale jak już są to spokojnie można powiedzieć, że ceny są bardziej atrakcyjne niż w Polsce. Oczywiście kupowanie sobie nowych ciuchów czy butów to ogromna frajda. Jednak równie fajnie jest przejść się do Duńskiego Czerwonego Krzyża i tam poszukać markowych ciuchów w bardzo niskich cenach. I tak dziś wracając z basenu, ku wielkiemu niezadowoleniu Grześka wpadliśmy tam we trójkę ( ja, Patka i Grześ) na drobne rozeznanie. Jednak jak wiadomo nie były to szybkie zakupy, bo musiałyśmy (ja i Patka) wszystko dokładnie obejrzeć i przymierzyć co ciekawszy ciuszek. Niestety Grześ nie dotrwał do końca, bo jak z Pati wpadłyśmy w szał zakupowy to niebyło nam łatwo wyjść z pustymi rękoma. I tak Pati kupiła sobie śliczny czerwony sweterek, jasne bolerko i czarna bluzeczkę, a ja kurtkę jesienną, czapkę i niebieski sweterek. Myślę, że obie wyszłyśmy zadowolone i spełnione ze sklepu.

wtorek, 7 października 2008

odsłona druga:)

Oto odsłona druga:)

Ponieważ z tajnych źródeł otrzymałam ściśle tajne instrukcje, mówiące o tym, że pojedynczy wpis nie może być zbyt długi (by nie odstraszać potencjalnych czytelników:), dopilnuję, aby to, co za chwilkę napiszę, nie odstraszało swoją wielkością:P Tzn. zrobię, co w mojej mocy, aby właśnie tak było! Myślę, że czas napisać o nauce języka duńskiego:)
(małe pochrząkiwanie, aby oczyścić nieco struny głosowe:) Okazało się, że uniwersytet w Aalborg oferuje swoim studentom (tym przyjeżdżającym z zagranicy) kurs duńskiego. Jest on całkowicie bezpłatny i dobrowolny! Poza oczywistą korzyścią, którą studentowi taki kurs daje (czyli możliwość poznawania ciekawego, choć nieco skomplikowanego języka), jest bonus w postaci 2 punktów ECTS (w przypadku uczestniczenia w 80% zajęć) lub 3 punktów (zdany egzamin!).Ala z Grześkiem postanowili przyjechać dwa tygodnie wcześniej, by odbyć kurs (intensywne dwa tygodnie zajęć po 6 godzin dziennie!). My z Andim uczęszczamy na niego w czasie roku akademickiego. Materiał do przerobienia jest ten sam, ale jest bardziej rozciągnięty w czasie (trwa 7 tygodni, po dwa zajęcia w tygodniu).
Zastanawiam się, co mogłabym napisać teraz, by wątek nauki języka duńskiego był bardziej atrakcyjny...?:) Bez mydlenia oczu - język duński jest trudny! Sama pisowania przypomina czasem wyglądem język angielski, czy niemiecki, ale gdy trzeba dane słówko wymówić...Z tym jest już znacznie większy problem. Powiem więcej - to wyższa szkoła jazdy! Na razie sami staramy się utwierdzać w przekonaniu, że to, co wychodzi z naszych ust będzie zrozumiane przez Duńczyka. Ale chyba nikt z naszej czwórki nie starał się sprawdzić tego, czy ma rację:) Mimo to wytrwale jeździmy na zajęcia (pedałujemy, pedałujemy, pedałujemy!!!) w przekonaniu, że kiedyś ten moment nastąpi:) A tymczasem ćwiczymy nasz język, by wymówić dziwnie brzmiące dźwięki, typu "u", "a", "o"...

Myślałam o tym, by powiedzieć słów kilka o samej uczelni (po to chyba tu przyjechaliśmy?:), ale by ten wpis nie był za bardzo przesiąknięty wiedzą "naukową", napiszę o tym przy innej okazji:)

P.S. Pochwalę się jeszcze, że zaczęliśmy z Andim naukę salsy:) Zajęcia prowadzi bardzo miły człowiek a kurs odbywa się w przytulnym klubie-barze w centrum miasta (czyt. niedaleko naszego mieszkania:). Na razie poznajemy podstawowe kroki, ale już możemy zatańczyć jakiś przyjemny dla oka "kawałek". Ta muzyka porywa ciało i duszę, dlatego gorąco ją polecamy!!!

P.S.2 Do usłyszenia wkrótce!

poniedziałek, 6 października 2008

Pierwszy zapisek z życia studenta - cudownej Alki;-)

W Aalborg jestem ponad półtora miesiąca i wiele przez ten czas już się zdarzyło. Nie powtarzając tego, co już zastało napomknięte, chce tylko dodać taką osobistą uwagę: Aalborg jest cudowne!!! Ale teraz nie czas by opisywać miasto i okolice, gdyż to wszystko zostało już powiedziane. Lepiej opowiem o życiu studenta i o licznych atrakcjach jakie nas do tej pory tu spotkały.

Pierwszego dnia jak tu przyjechaliśmy (15 sierpnia- piątek) mieliśmy podwójne szczęście. Po pierwsze dlatego, że zdążyliśmy odebrać klucze do naszego mieszkanie tuż przed zamknięciem Accommodation Office ( właściwe to spóźniliśmy się 15 minut, ale biuro było na nasze szczęście otwarte – gdybyśmy przyszli 5 minut później, czekałby nas nieciekawy weekend na ulicy ;-). Po drugie dlatego, że w Aalborg trwały w tym czasie dni Jazzu i odbywały się liczne koncerty na wolnym powietrzu, gdzie można było spokojnie posłuchać muzyki i napić się Tuborga ( lokalny browar). Nie minęły dwa tygodnie i w Aalborg pojawiła się kolejna okazja do świętowania – Aalborg in Red. I faktycznie miasto było całe w czerwieni, począwszy od flag – które są stałym elementem wystroju, poprzez wystawy sklepowe i rozłożone wszędzie czerwone dywany. Ten czas w Aalborg to przede wszystkim dni mody i liczne prezentacje nowych kolekcji ubrań na ulicach. Ale to też doskonała okazja do zakupów, bo sklepy są otwarte do północy ( normalnie sklepy w dni powszednie otwarte są najdłużej go 17.30, a w soboty do 14). Natomiast właśnie wczoraj zakończył się October Fest – czyli święto piwa. Niestety nawet przy takiej okazji złoty trunek nie był w okazyjnej cenie dla studentów: jedynie 100 DKK = 50 zł za 1 litr.

Przy tak licznych okazjach do świętowanie nie dziwię się że Duńczycy są najszczęśliwszym narodem na świecie. Na to pewnie też przekłada się fakt, że raczej zbytnio się nie przepracowują i do wielu spraw podchodzą z dystansem – tak jak w Hiszpanii „Maniana’’. Doskonałym przykładem lekkiego traktowania, niech będzie nasz Internet, który na szczęście dla nas udało już się doprowadzić, jednak oczekiwanie na niego 1,5 miesiąca nie można nazwać szybkim działaniem z ich strony.

Oprócz bardziej oficjalnych okazji do świętowania znajdujemy również te mniej oficjalne. I tak na przykład każdemu studentowi powinna być znana ulica Pubów – Jomfru Ane Gade, gdzie tłoczno dopiero robi się po 12, ale w nocy. Obowiązkowy punkt programu to Student Huset czyli dom studencki – odpowiednik naszej Stodoły w Warszawie. Tu codziennie można napić się piwa, a dodatkowo, organizowane są tu koncerty i dyskoteki. Warto też czasem skorzystać z zaproszenia Buddy’iego (opiekuna, studenta) i zjeść obiad w międzynarodowym towarzystwie.

Zatem świętować jest gdzie, z kim i zawsze dobry powód się znajdzie, jednak niestety nie zawsze jest za co. I tu pragnę pociągnąć ciekawy wątek, zatem nie wiem czy wiecie, ale w Danii pieniądze leżą na ulicy. Tak to prawda! Wystarczy przejść się wieczorem zebrać trochę puszek po piwie czy butelek i wystarczy na zakupy w Fakcie. Co do oddawania butelek to naprawdę super sprawa, bo korzystasz Ty sam jak i środowisko (butelka po coli 3 DKK, puszka lub butelka po piwie 1 DKK).

sobota, 4 października 2008

odsłona pierwsza:)

Tak, to już ponad miesiąc odkąd jesteśmy w Aalborg i studiujemy na Aalborg University...Wpisów jak dotąd niewiele, ale to może oznaczać jedno – te, które teraz nastąpią, będą najwyższej jakości:) Mamy już za sobą szereg doświadczeń, tych ciekawych i tych jeszcze ciekawszych! Troszkę trudno zacząć tę opowieść...Od czego zacząć? Co opowiedzieć? Wydarzenia mają swoją kolejność, ale to, co zarejestrowało nasze serce i ciało, ma swoją własną hierarchię:) Pozwólcie na danie pierwszeństwa mojej osobistej liście:)

Odsłona pierwsza!!!

Cały czas ze zdziwieniem odkrywam to, że wszędzie mamy blisko... Wystarczy założyć kurtkę i beret (ważne!), zrobić parę kroków i już jesteśmy w centrum...Ciekawe, kolorowe uliczki, porozwieszane duńskie flagi...Nikogo nie dziwi fakt, że nieodłącznym atrybutem przechodnia jest rower... Nieopodal nas jest cudowna woda (czyt. fiord Limfjord), opływająca betonową kostkę... Dociekliwy obserwator może dostrzec w oddali statki, te małe i duże, ptaki...No i ten wiatr, rozwiewający włosy:) Dwie minuty drogi od nas jest kościół katolicki. Msze są po duńsku (na razie mamy trudność w ich zrozumieniu:), angielsku oraz polsku (!). Tuż obok mamy pomnik byka, który ostatnio został pomalowany w biało-czerwone paski (ludzie mówią, że to mały zabieg przeprowadzony na zwierzęciu przed meczem piłki nożnej:). Mamy blisko do trzech istotnych sklepów samoobsługowych (istotnych z punktu widzenia zasobności portfela studenta z Polski:). Nazwy owych magicznych sklepów, to: Aldi, Netto oraz Fakta. Skoro mowa o sklepach, to okazuje się, że u Duńczyków niemal wszystkie butelki są 'zwrotne'. W Fakcie jest specjalna maszyna, która notorycznie połyka puste butelki, którymi jest częstowana przez klienta sklepu. W nagrodę wypluwa małą karteczkę, która wskazuje, o ile powiększyły się nasze możliwości zakupowe:)
Jedynym miejscem, które wymaga dokonania pewnego wysiłku ze strony naszych mięśni, jest...uczelnia:) Na razie niemal codziennie pokonujemy drogę od naszego mieszkania na uczelnię (czyli jakieś 7 km:). I z powrotem, rzecz jasna:) Droga, jak to w opowieściach bywa, jest kręta i długa:) Szczególnie, gdy trzeba pedałować w stronę uczelni. Do pokonania są dwa większe wzniesienia:) Bez najniższej przerzutki miejscami należy nieco zmienić pozycję i zwyczajnie się podnieść z roweru:) Ale w nagrodę jest droga powrotna – małe wzniesienie a potem już cały czas z górki!:) Też czuje się wiatr, ale jest on bardzo przyjemny! To, jak szybko dojedziemy na miejsce jest uzależnione od pewnych istotnych czynników. Chyba najbardziej istotne jest to, jak silny jest wiatr:) Kolejne, to: godzina rozpoczęcia zajęć (w naszym przypadku waha się ona od godziny ósmej do szesnastej), jakość zjedzonego śniadania, motywacja uzależniona od tego, z kim mają być zajęcia, osoba, która z nami jedzie (Ala, Andi, Grzesiek i ja). Dodatkową motywacją jest to, że możemy rozruszać nasz kości i to, że nie musimy płacić za bilet na autobus:) Małym minusem jest to, że droga cały czas jest ta sama....Czasem jednak pozwalamy sobie na małe urozmaicenie i...delikatnie modyfikujemy trasę:) Moim przewodnikiem jest wtedy zwykle Ala:) A wszystko to jest możliwe dzięki ścieżkom rowerowym, które są niemal wszędzie!:)
Nasze mieszkanie, nie chwaląc się, jest naprawdę świetne! Jak już Andi wspominał, mamy do dyspozycji cztery pokoje! Każdy może znaleźć jakieś miejsce dla siebie. Ale ponieważ jesteśmy gatunkiem stadnym, mieścimy się w dwóch ładnych i dużych pokojach:) Kolejne dwa też są wykorzystywane, ale już do nieco innych celów (czyt. suszarnia oraz jadalnia:) Co ciekawe, mamy trzy łazienki! Ale nawet ten fakt nikogo nie powinien szokować. Objawy szoku mogą się pojawić, gdy usłyszy się o ilości lodówek w mieszkaniu:) Dlatego nie zwlekam z odpowiedzią i śmiało mówię – sztuk pięć (celowo napisane słownie, by szok był nieco mniejszy:)! I na pewno nie są to małe, przenośne lodówki. Większość mebli i sprzętów pochodzi prawdopodobnie ze sklepu Ikea. Ale całość jest bardzo gustowna i funkcjonalna. Prostota i przestronność przeplatają się z przytulnością, którą dostarczają małe lampeczki:) Co istotne, łóżko jest bardzo wygodne i zapewnia zdrowy sen (choć nie wiem dlaczego ostatnio mam jakieś koszmary?). Z Andrzejem mamy pod opieką dwa piękne kwiaty doniczkowe:) W szafach mieszczą się wszystkie skarby:) Na nocnym stoliku stoi zdjęcie mojej ukochanej Rodzinki i lampka:)
Na razie to by było tyle, gdyż niedługo czeka nas pyszna kolacja:) I prawdopodobnie wyjście do Husetu:) Tyle by się chciało jeszcze napisać...Ale spokojnie poczekajmy na odsłonę drugą...

(cdn)