piątek, 28 listopada 2008

Wild trip:)

Słów kilka o podróży do Kopenhagi...
Przed podróżą do stolicy kupiliśmy z Andrzejem tzw. Wild Card, która uprawnia nas do zniżek na przejazdy kolejowe po Danii. I tak z piątku na sobotę (godzina "0" - 00:09 :) postanowiliśmy wyruszyć pociągiem w nieznane...
Chcieliśmy już od samego rana zacząć zwiedzać te bardziej i mniej znane zakątki miasta. Na miejscu byliśmy przed godziną szóstą... Na Dworcu Głównym przywitało nas zimno oraz dwoje panów wątpliwego stanu... Okazało się, że jeden z nich był - tu niespodzianka - Polakiem! Na zewnątrz było jeszcze ciemno. Poszukaliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy przechować bagaże, kupiliśmy CPHCard (kartę na 24 godziny, która uprawnia nas do wejścia do różnych muzeów i innych ciekawych miejsc) i... wyruszyliśmy w drogę! Jako cel obraliśmy sobie Syrenkę - jeden z symboli Kopenhagi. Po drodze mijaliśmy różne ciekawe miejsca - pomniki, place, kościoły, piękne budynki. Ponieważ było naprawdę zimno, przy okazji zwiedziliśmy jedną ze stacji metra. Dopiero po pewnym czasie odważyliśmy się wyciągnąć aparat, by zrobić sobie zdjęcia (ręce najlepiej czuły się w kieszeni kurtki, okryte ciepłymi rękawiczkami:) Ale szczęśliwie dotarliśmy do Małej Syrenki:)
Przed godziną 12 weszliśmy do Botanisk Have. Mogliśmy podziwiać różne roślinki - niektóre z nich już zrzuciły upierzenie na zime, ale były jeszcze i takie, które pięknie pokazywały swoje wdzięki.
Potem, korzystając już z karty CPHCard (już wybiła godzina 12:), odbyliśmy podróż po pięknym i bardzo dużym Statens Museum for Kunst (Galeria Narodowa). Piękne obrazy, ciekawe rzeźby - sztuka "tradycyjna" i ta bardziej współczesna. Ogrom rzeczy i sal do zwiedzania. Aby dokładnie wszystko obejrzeć, prawdobodobnie potrzebowalibyśmy wielu godzin. Ale i tak, pomimo ograniczonego czasu, zobaczyliśmy wiele ciekawych rzeczy!
Potem szybciutko udaliśmy się do Muzeum Geologicznego. Znawcy kamieni i i tworzyw "kamieniopodobnych" byliby zachwyceni. My z dystansem patrzyliśmy na czasem nic nam nie mówiące kawałki brył, ale i tak cieszyliśmy się z tej wizyty! W końcu nie codziennie można sobie zrobić zdjęcie z czaszką dinozaura!
Na koniec został nam smaczny kąsek, a mianowicie Christiansborg Slot, a tu Christiansborg Palace Church oraz przepiękne Reprezentacyjne Komnaty Królewskie! Mieliśmy tę miłą okazję, aby wysłuchać ciekawych historii opowiedzianych przez przewodnika. Ogromne wrażenie wywarły na nas piękne sale, a w nich przepiękne żyrandole, obrazy i tkaniny zdobiące ściany komnat, ozdobne zasłony. Jak się okazało, te sale wciąż są wykorzystywane przez królową podczas uroczystych spotkań i balów.
Po długim zwiedzaniu wreszcie nadszedł czas na odpoczynek. I zameldowanie się w hostelu Danhostel, w którym mieliśmy spędzić dwie kolejne noce. Sam budynek był duży i bardzo zadbany. Mieszkaliśmy na szóstym piętrze. Chcieliśmy wjechać na ostatnie, chyba osiemnaste, piętro, ale okazało się to niemożliwe...Karta magnetyczna , której używaliśmy aby otworzyć drzwi i windę, mogła nas skierować tylko na piętro w którym mieszkaliśmy! Ale za to na samym dole budynku była kuchnia, w której mogliśmy przygotować sobie gorącą herbatę (oczywiście zieloną!:) oraz posiłki.
Wieczorem, po małej drzemce, postanowiliśmy skorzystać z darmowego przejazdu środkami transportu miejskiego (w karach karty, którą kupiliśmy i o której była już tu mowa). Zrobiliśmy sobie wycieczkę na lotnisko:) Dodatkową atrakcją była przejażdżka metrem! Piękne stacje, ciekawe rozwiązania technologiczne (np. brak kierowcy w wagonach!) i możliwość oglądania zza szyby trasy przejazdu! Super!!!
A potem przyszedł czas na upragniony sen... Tak, jak teraz...

Cdn...:)

czwartek, 27 listopada 2008

Zmęczeni ale zadowoleni i szczęśliwi!

Dzisiaj (wczoraj:) w nocy wróciliśmy z wycieczki do Kopenhagi!
Było F-A-N-T-A-S-T-Y-C-Z-N-I-E!!!
Przez trzy dni zwiedzaliśmy miasto, muzea, parki, byliśmy w Tivoli Park i zoo. A na koniec pojechaliśmy do Malmo:)
Dzisiaj (wczoraj:) odpoczywamy/liśmy po podróży:) Naprawdę dużo się działo!

Chciałabym dokładniej opisać to, co działo się przez te ostatnie trzy dni:) Pozwólcie zatem, że zrobię to jutro:) A na razie życzę wszystkim dobrej nocy!

piątek, 21 listopada 2008

Pierwszy śnieg

Dziś w Aalborg spadł pierwszy śnieg... Mimo, że było to tylko parę płatków to i tak jest to niezbity dowód na to, że zima zbliża się wielkimi krokami i sądząc po temperaturze niedługo śniegu będzie jeszcze więcej. I dobrze! Zima jest bardzo fajna!:)

Zwiedzanie Akvavit'u

W zeszłym tygodniu w czwartek odbyliśmy wycieczkę do Akvavit'u, czyli pobliskich źródeł "wody życia". Pod tą nazwą kryje się gorzelnia :D, która de facto jest tuż obok miejsca, w którym mieszkamy. Jako że nie dane nam było jeszcze dogłębniej zapoznać się z tym miejscem to wybraliśmy się na organizowaną (jak zwykle) przez ESN wycieczkę, coby co nieco dowiedzieć się jak jest produkowany ponoć najlepszy spirytus w całej Danii (a może i na świecie?). Nasz przewodnik nie szczędził pochwał licznych produktów Akvavit'u i co chwila podkreślał geniusz ludzi, którzy tu pracują. Wbrew pozorom zatrudnionych jest tu tylko garstka ludzi (około 30), a większość procesu jest zautomatyzowana. Jednym słowem wystarczy wrzucić odpowiednie produkty, a wódka poleje się strumieniami;) Zostały nam nawet zdradzone niektóre sekrety i szczegóły wytwarzania spirytusu i zachęcano nas do spróbowania własnych sił w domu;) Oczywiście na końcu była degustacja, chociaż prawdę mówiąc nikomu tutejsze kolorowe alkohole nie przypadły do gustu:)
Podsumowując wycieczka była bardzo ciekawa i miło było dowiedzieć się i zobaczyć na własne oczy jak wygląda produkcja alkoholu. Zachęcam do oglądania zdjęć!





Gwarno, a jakoby nikogo nie było...

Właśnie umarła pewna część mnie... Jestem pod wielkim wrażeniem 'Dekalogu' Krzysztofa Kieślowskego. Przykazanie I i II, potem będzie czas na kolejne. Każdy szczegół ma ogromne znaczenie, każde słowo jest na wagę złota, każda twarz ma tu swój wyraz, a uderzenie spływającej kropli może sprawić ból... Wbrew pozorom, film opowiada o miłości, prawdziwej i gotowej do poświęceń... To tylko to, co już teraz ciśnie mi się na usta. To odkrywanie niesamowitej siły zamkniętej w milczeniu. Chyba sobie tak teraz pomilczę...:)

W pokoju panuje cisza... Jedynie klawiatura komputera i włączona lodówka wydają ciche dźwięki... Zapalone lampki nadają magiczny klimat...

A w mojej głowie kłębią się setki pytań...

PS Trudno napisać coś więcej, gdy człowiek jest w takim podniosłym nastroju... Malutką wartość przedstawiają wszystkie rzeczy i zdarzenia... Traci większe znaczenie to, że piszę właśnie ostatni już projekt, że dzisiaj była salsa i że właśnie dzisiaj kupiliśmy z Andrzejem bilety do Kopenhagi... A jednak to nas cieszy. Bo cóż byłoby warte nasze życie bez maleńkich, cudownych przeżyć... Właśnie takich jak te, które zdarzyły się dzisiaj:)

Lodówka się wyłączyła... Za chwilę klawiatura pójdzie spać. Tak jak ja...

poniedziałek, 17 listopada 2008

nocny "Marek":)

Kolejny tydzień za nami... Po raz kolejny myślę - to niemożliwe! A jednak...

Pozostaje mi zatem krótko streścić to, co miało miejsce w przeciągu ostatnich kilku dni...
W poniedziałek razem z Alą odbyłyśmy podróż do firmy Danfoss. Trzeba było bardzo wcześnie wstać, by już o szóstej rano być na uczelni. Zdrowy rozsądek (i potrzeba utrzymania dobrego zdrowia:) podpowiedziały nam, że tym razem trzeba zostawić rower w naszej komórce i wybrać się na uczelnię autobusem:P Mimo tego samo wstawanie tak wcześnie rano nie należało do najprzyjemniejszych chwil... Ale potem był czas, by sobie jeszcze trochę pospać...Na miejscu byliśmy dopiero koło godziny 11...Zostaliśmy mile zaskoczeni bardzo ciepłym przyjęciem przez "ludzi z firmy" (brzmi jak akcja z Prison Break:). Ciepła herbata i bułeczka z dżemem wynagrodziły nam trudy wstawania... Potem zaczęły się prezentacje pracowników firmy. Ciekawie opowiedziane, choć trudno stwierdzić, czy ten pięknie nakreślony profil firmy pokrywa się z prawdą... Ale miło było posłuchać słów o odpowiedzialności za środowisko, dążeniu do doskonałości, dbanie o pracowników firmy itp... A potem mogliśmy korzystać z atrakcji, jaką zapewnia Danfoss Universe, czyli coś w rodzaju parku rozrywki, gdzie młodzi ludzie (i jak widać , nie tylko oni:P) mogą przekonać się, że fizyka i nowe technologie nie muszą oznaczać jedynie matematycznych wzorów i praw nie do zrozumienia. Tu po raz pierwszy mogłam spróbować swoich sił jako operator koparki, czy podnieść prawdziwy samochód:P To była kolejna, bardzo udana wycieczka!

W czwartek mieliśmy z Andrzejem egzamin z języka duńskiego! Był dosyć trudny, ale liczymy na pozytywną ocenę:) Na razie czekamy na wyniki:)

W piątek zawędrowaliśmy na "ulicę pubów", czyli Jomfru Ane Gade:) Okazało się, że nie wyciągając ani jednej duńskiej korony z kieszeni można napić się piwa, czy posmakować drinka (niestety nie był najwyższej jakości:). To wszystko w ramacch wejściówek do pubu. Istnieje tu zwyczaj, że w ciągu jendej nocy odwiedza się kolejno kilka pubów. Jest jeszcze jedna rzecz, która stale nas zadziwia - Duńczycy bardzo późno zaczynają odwiedzanie pubów! O godzinie 22 ulica jest prawie pusta i dopiero koło północy widać pierwsze oznaki 'dzikiego tłumu':) Ale jedno trzeba przyznać - wnętrze każdego z pubów jest naprawdę ciekawie zaprojektowane i ma swój klimat!

A w sobotę odwiedziliśmy kolegę Andrzeja - Ahmeda. Dwie rzeczy, które na długo zapamiętam, to gra w różne gry na konsoli (nieczęsto mi się to zdarza:) oraz TRAMPOLINA! Ta ostatnia to była prawdziwa frajda! O północy z Alą, Grześkiem i Andrzejem skakaliśmy sobie na rozłożonej w ogrodzie trampolinie, wydając z siebie różne dźwięki (śmiechy, piski:). Bawiliśmy się jak małe dzieci:) Było super, super, super!!!

środa, 12 listopada 2008

Ach, jak ten czas leci...

Szczególnie tu, w Aalborg... Czasem mam wrażenie, że odliczam tu czas od piątku do piątku, od niedzieli do niedzieli... Ostatni weekend był wyjątkowo aktywnie spędzony! Kupiliśmy sobie kartę, tzw. "Aalborg card" (cena to 299 koron), a potem szaleliśmy cały weekend - to było bardzo pozytywne szaleństwo! Mogliśmy korzystać przez 72 godziny z wszystkich dostępnych "kulturalnych" atrakcji (choć niektóre, niestety, już zostały zamknięte na okres zimy), a co ważniejsze, z transportu miejskiego! Wreszcie, po dwóch miesiącach pobytu w Aalborg, skorzystaliśmy z Andrzejem z komunikacji miejskiej:)
W piątek, tuż po zajęciach (reszty ekipy, bo ja nie miałam zajęć:), udaliśmy się do muzeum. Najpierw odbyliśmy magiczną podróż po Marinemuseum. To dość dużej powierzchni muzeum, w którym można podziwiać przepiękne modele statków, te starsze i te nowsze. To miejsce oddaje życie w takim miejscu jak tu, w Aalborg. Życie marynarzy ale również życie "zwykłych" mieszkańców". Największą atrakcją było chyba jednak zwiedzanie łodzi podwodnej, która przywędrowała na plac przed muzeum. Mogliśmy poczuć atmosferę, jaka panuje w takim miejscu...Wąskie przejścia, mnóstwo różnych guzików, przyrządów, ale również miejsca na bagaże dla "pasażerów", czy kuchnię (uwaga: posiadała frytkownicę!:). Jeszcze ciekawszym był fakt, że na łodzi byliśmy zupełnie sami (we czwórkę) i mogliśmy dowoli cieszyć się tym miejscem.
Potem zwiedziliśmy Utzon Center. To było ciekawe doświadczenie. Trafiliśmy akurat na moment otwarcia pewnej wystawy...Ludzie pili wino (chcieliśmy ucztować razem z innymi, ale pani w "recepcji" uświadomiła nas, że to impreza zamknięta:) a na ścianach wokoło były zawieszone bloki (brakuje mi odpowiedniego słowa, "betonowe"?:) z pewną strukturą na jego wierzchu. Dla jednych jest to sztuka, dla innych zwykły betonowy klocek...Mi się podobało! Poza wystawą można było jeszcze tam obejrzeć kilka rzeczy. Ciekawa była sala do dokonywania przemówień...przestronna, z dużymi oknami i widokiem na fjord i...zupełnie pusta. Ale, co ciekawe, spotkaliśmy tam człowieka, któy okazał się być dyrektorem/właścicielem tego miejsca. Uścisk dłoni i krótka wymiana zdań zastąpiły nam głód zobaczenia tam czegoś poza mikrofonem, czy kilkoma krzesłami...Ale miejsce to było na swój sposób wyjątkowe i wzbudzało silne emocje. A najpiękniejszy był widok na Limfjord...
Ostatnim punktem piątkowej wyprawy było Historiske Museum. Miesce ciekawe i przytulne. Opowiadało o tym, jak żyli, mieszkali, pracowali i ubierali się ludzie z Aalborg i jego okolic przez ostatnie 1000 lat... Pokusiłyśmy się nawet z Alą o założenie kapeluszy, które wisiały na jednym z wieszaków. Zawsze, kiedy zwiedzam takie miejsce, mam ochotę choć na jeden dzień przenieść się w czasie i stać się jednym z mieszkańców...Założyć odpowiedni strój i poczuć zapach świeżych bułeczek u pobliskiego piekarza... Teraz w Aalborg, sądząc po jakości tutejszego chleba, z pewnością nie ma takich piekarzy, ale od czego mamy wyobraźnię...? Jestem pewna, że kiedyś byli:)

W sobotę już od samego rana wyruszyliśmy do zoo. Dużo ciekawych i słodkich zwierząt, ciekawych miejsc. Ale najbardziej urzekły mnie żyrafy:) Ich długie szyje, zgrabne sylwetki, piękne ubarwienie i ta radość życia, zwłaszcza u małych żyraf, które usilnie ćwiczyły chodzenie i bieganie:)
Sobota była również przeznaczona na wyjazd do Halsu. Tak naprawdę nie było tam wiele do zwiedzania (tamtejsze muzeum było już zamknięte), ale przecież nie ma to jak zjedzenie sałatki z tuńczyka, ananasa i kukurydzy nad wzburzoną wodą...?:) I szukanie piaszczystych plaż, których...nie ma:) Tak, tak, Ala wyczytała, że w Halsie są piękne piaszczyste plaże, ale im dłużej szliśmy w kierunku morza, tym szybciej znikała perspektywa ich zobaczenia:) Ale teraz mamy nową, bardziej odpowiednią nazwę - trawiaste plaże. Tak czy inaczej, było warto tam się wybrać!

W niedzielę zwiedziliśmy muzeum sztuki nowoczesnej. Obrazy, wystawy prac, wreszcie ciekawie przygotowane inscenizacje. Nie każdemu się to miejsce spodobało, ale mnie ono zauroczyło! Sztuka miejscami bardzo abstrakcyjna, ale pobudzająca wyobraźnię! Nawet znalazłam tam pewien polski akcent - pracę polsko-duńskiej artystki:)
A potem już został basen - inny niż zwykle - po drugiej stronie fiordu. Frajda na całego!
A na koniec, dla wytrwałych - Lindholm Hoje Museum:) Bardzo ciekawe eksponaty przybliżające życie Wikingów! Zapierające dech w piersiach!!! Na zewnątrz muzeum znajduje się "pole", na którym zostały zachowane kamienie, układające się w pewne kręgi i stanowiące dawne groby Wikingów. Magiczne miejsce.


To na dzisiaj już chyba koniec...Choć tyle jest jeszcze do powiedzenia... Zatem, mam nadzieję, do zobaczenia wkrótce!

piątek, 7 listopada 2008

Cicho wszędzie, głucho wszędzie...

Jestem zmęczona i chce mi się spać... Ale chęć błogiego lenistwa, polegającego na siedzeniu przed komputerem i buszowaniu po internecie, nie pozwala mi spać (zabrzmiało jak uzależnienie, ale miało być groźnie, prawda?:). Od ostatniego wpisu wiele się zmieniło, zatem nie chcę czekać dłużej i chcę napisać o tym kilka słów...
Co najważniejsze - już jesteśmy z Alą po drugim egzaminie! Ocena wzorowa! Teraz , po trudach związanych z pisaniem projektu, przygotowywaniem prezentacji na egzamin i samym egzaminem, mamy trochę czasu na odpoczynek. A już w najbliższy poniedziałek jedziemy z całą grupą z AAU na wycieczkę do Danfos - firmy, która będzie przedmiotem naszego trzeciego, ostatniego i największego, projektu.

Dzisiaj, jak co czwartek, byliśmy z Andrzejem na salsie. Jest coraz fajniej! Poznajemy coraz więcej kroków, ludzi (w tym Polaków:) i odkrywamy uroki tańca! Ale dziś po tańcach zgodnie z Andrzejem stwierdziliśmy, że...bolą nas nogi! Ale jak zawsze - było warto!!!

Dzisiaj z Alą byłyśmy na małych zakupach w Czerwonym Krzyżu:) I byłyśmy w fantastycznym sklepie - takie "1001 drobiazgów+wszystko za 5 złotych":) Stwierdzam, że Duńczycy mają świetny gust w przystrajaniu swojego życia na Święta:) W sklepie zobaczyłyśmy świetne drobiazgi, które mogą posłużyć jako prezent. Ale co więcej, po prostu prześlicznie to przystrajają! Wiszące mikołaje, sunące na saniach renifery, wszyscy bohaterzy Świąt Bożonarodzeniowych powieszeni na sznureczkach, przyczepieni do małych spinaczy, namalowani na drewnianych deseczkach, wydrukowani na świątecznych kartkach, namagnesowani i... uśmiechnięci i kolorowi:) A do tego wielobarwne wstążki, piękne pudełka i pudełeczka, brokaty, kuleczki i inne wspaniale wyglądające rzeczy:) Mam nadzieję, że w ich sercach też jest taka radość i słodycz! Ja też chcę mieć takie Święta! Już nawet mamy kupione bilety do domu! Dziś (wczoraj?:) wieczorem Grzesiek zamówił dla nas wszystkich bilety:)

W niedzielę byliśmy w Rainforest. Jakby to powiedzieć dobitnie - zwierzętka, roślinki i takie tam:P To była bardzo interesująca i fajna wycieczka, ale może ktoś ją tu jeszcze opisze...?:)

Tak sobie pomyślałam, że może jakiś tu wiersz napiszę...Tak od serca:) Tak jakoś sentymentalnie mi się zrobiło... Nie wiem, może to te zbliżające się Święta, a może, coraz bardziej dająca o sobie znać, DOROSŁOŚĆ...?:) Piszę od razu na czysto:) A więc (Pani nas zawsze uczyła, że nigdy nie zaczyna się zdania od "a więc", ale to nie zdanie, to poezja! A poza tym - czasy szkoły już dawno się skończyły! Niestety...)


Namaluję Ci coś,
coś napiszę,
ale najpierw poobserwuję sobie ciszę...

Wyrecytuję Ci wiersz,
Na dobranoc przytulę,
Ale i tak mi się nie zrymuje...

Złapię dużo kolorowych motyli,
kwiatki do wody włożę,
A potem się zapytam, czy On też tak może...

Wyczaruję nam świat,
przeszłość do szufladki wsunę,
A coś nadal naciska na tę strunę...


Wbrew wszystkiemu - TO BARDZO RADOSNY WIERSZ:)
Dobranoc...:) Życzę dużo kolorowych motyli tej nocy!





wtorek, 4 listopada 2008

31/11-1/11

Teraz czas na mnie by dodać trochę moich spostrzeżeń i wrażeń z ostatnich dni i tygodni. Na razie na myśl przychodzą mi jedynie te ostanie. Zatem piątkowe Halloween było naprawdę fajne i mroczne. Jednak nim zabawa rozpoczęła się przy muzyce i tańczeniu, zrobiliśmy sobie małą rozgrzewkę w domu. Wpadli do nas dwaj znajomi Andrzeja: Hans i Ahmed, którzy są doskonałymi kompanami nie tylko do rozmowy. Kiedy zrobiło się już wystarczająco późno i kiedy wstąpiła w nas nowa siła postanowiliśmy wyruszyć i dołączyć do organizowanej w akademiku na Ostrealle imprezy. W związku z tym, że była nas szóstka, a rowerów tylko cztery, chłopaki podjęli się zabrać naszych gości na bagażniki. Droga, która znaliśmy z codziennych wypraw na uniwerek tego wieczoru okazała się kręta i wyboista, jednak dotarliśmy do celu cali i zdrowi. I tym sposobem udał nam się wypróbować narodowy sport Duńczyków: „Jazdę na rowerze w stanie wskazującym”- ledwo jechaliśmy.
Po męczącym piątku, była trochę spokojniejsza sobota. Spaliśmy naprawdę długo, aby odreagować trudy poprzedniej nocy. Ten dzień był szczególny, bo to 1 listopada. Święto to w Polsce, jest chwilą zadumy i refleksji. Momentem, kiedy jest czas by odwiedzić zmarłych bliskich i pochylić się nad ich grobami. Tu w Danii nie zauważyłam, żeby ludzie w tak refleksyjny sposób celebrowali ten dzień. Na cmentarzach były pustki – żadnych lampek. Nawet w zwykłym supermarkecie nie mogliśmy otrzymać zniczy. Jednak chcąc podtrzymać polską tradycję, kupiliśmy zwykłą świeczkę i włożyliśmy ją do słoika po ogórkach (oczywiście by czyściutki i bez nalepki). Około 21 wyszliśmy na cmentarz. Było tam ciemno – żadnych lamp i świeczek. Atmosfera naprawdę mnie przerażała, w szczególności, że chłopcy, chcieli nas ( mnie i Patkę) doprowadzić chyba do zawału serca strasząc przerażającymi historiami i znikając w ciemnościach. Na szczęście udało nam się zapalić lampkę i odmówić krótka modlitwę, zatem dusze na pewno były nam wdzięczne.